Kijki w górach – jak używać?

Kijki w górach? I tak i nie. Za „tak” kryje się umiejętność posługiwania się nimi i subiektywne odczucie, że faktycznie pomagają. Nie ma reguły, ze pomogą każdemu i na każdej trasie. Biegam trochę z nimi i przyznaje, że na własnej skórze przekonałam się, jak różnie to może być. Ba, nawet podczas jednego treningu czy startu raz wydają się nieocenione, by za chwilę walczyć z chęcią pozostawienia ich w krzakach.

Do rzeczy jednak: spróbuje odpowiedzieć na pytanie: dlaczego tak? Hm, najprzedniejszą motywacją sprawiającą, że trafiają każdorazowo do bagażnika to ich funkcja ubezpieczająca. Tak, tak, wypadki chodzą po ludziach, nie chciałabym znaleźć się gdzieś w lesie, ze skręconą kostką i bez podpory umożliwiającej powrót do cywilizacji. Przy okazji służą też pomocą na stromych podejściach, zgodnie z zasadą, co cztery łapy to nie dwie, jak również, złapawszy właściwy rytm, nawet na przepłaszczeniach. O, na zbiegach również pomagają, oraz przy przeskakiwaniu przez większe kałuże, ale UWAGA tu warto mieć mocniejsze kije, ale o tym nieco później.

Sprawne poruszanie się z kijami wymaga pewnej wprawy w ich posługiwaniu się, dlatego, jeśli ktoś planuje ich użycie, warto zabierać je na początku nawet na krótsze wycieczki. Aby efektywnie wykorzystać ich potencjał, należy również zadbać o właściwą siłę ramion i pleców, żeby nie okazało się, że na mecie większe zakwasy zdarzą się w górnej części ciała niż w nogach 😉

I pamiętajmy, że rozłożone to ok. metr dwadzieścia i więcej ostrej końcówki na chudym patyku, nic przyjemnego jak lata na wysokości oczu: PILNUJMY ICH W GRUPIE!

Najlepiej ćwiczyć się w dyscyplinie trzymania ich bezpiecznie przy ziemi przy każdej okazji.

Z czasem, regularnie używając ich w trasie, można wypracować sposób współpracy z kijkami i jaki typ i długość okażą się najodpowiedniejsze. Ja nigdy jednak nie zastanawiałam się nad „techniką”. Po prostu, napierając do przodu, w górę i w dół nauczyłam się tak nimi operować, by przyniosły mi maximum efektu przy minimum dodatkowego wysiłku. Jak wszystko – opanowanie ich wymaga czasu.

Które wybrać? Nie wnikając w szczegółowe podziały, można wybrać spośród turystycznych, nordic walking oraz super lekkich, składających się do rozmiaru umożliwiającego schowanie do niewielkiego plecaczka. Pierwsze z nich, najcięższe spośród wymienionych, jeśli akurat takie trafiły się w szafie, mogą przydać się do pierwszej przymiarki. Jeśli taki sposób poruszania się odpowiada – można zainwestować.

Na początek w niedrogie kije do nordic walking. Te już bywają dużo lżejsze a przy tym wciąż wytrzymałe. Obecnie takie właśnie zabieram, jeśli szykuje się trudniejszy trening tj długa trasa, mocne podejścia i karkołomne zbiegi. Aktywnie nimi operując, wzmacniam też górne partie ciała, wychodzi ogólnorozwojówka 😉

Mam też super lekkie kije, waga absolutnie piórkowa i minimalizm w czystej formie, które zabieram „na wszelki wypadek” oraz rozkładam na podbiegi. I to tyle, na temat możliwości ich wykorzystania. Nie nadają się na solidną podporę chroniącą przed upadkiem, waga biegacza nie ma tu żadnego znaczenia. Nie powinny być wykorzystywane z całą intensywnością np. na zbiegach jak choćby te do nordic walking. Zazwyczaj są drogie, szkoda zatem by ich przeznaczeniem był jeden bieg. Mogą służyć długo, pod warunkiem jednak, że nie będą musiały znosić ułańskiej fantazji właściciela, bądź uzupełniać braki w technice biegania po górach.

Na koniec: dlaczego „nie”. Wielu osobom będą po prostu przeszkadzać zaburzając indywidualny rytm. Te osoby prawdopodobnie zawsze będą poruszać się szybciej bez kijków niż z. Może dla nich pewnym wsparciem byłyby kije z ostatniej wymienionej grupy, które pomogą na stromym podejściu, by zaraz potem szybko je złożyć i schować, co pozwoli efektywniej rozłożyć siły na dystansie ultra.

Czy takie krótka notka oznacza, że więcej jest za niż przeciw? Otóż absolutnie nie, gdyż waga poszczególnych argumentów może bardzo różnić się, podobnie jak waga kijków